Mała bawi się w dużym pokoju, ja niedaleczko zajmuję się swoimi sprawami i naglę słyszę płacz. Biegnę do niej, a ona pokazuję mi na nóżkę - nic tam nie ma. Nagle siada obok nas mucha, a Judytka jeszcze głośniej zaczyna płakać i uciekać. I tak kilka razy przez cały dzień, płacz, krzyk, odganianie się ze odrazą. Dziecko zostało dzisiaj sterroryzowane przez muchę.
Rzeczywiście muchy dzisiaj wstrętne są i dają nieźle się we znaki.
Wiem, to przecież norma. Nie ma się czym ekscytować.
Ale dla mnie jest to dość niezwykłe. I do tego rozczulające.
Jak już pisałam, do tej pory Judysia nie była zbyt skłonna do okazywania uczuć, do tego odstaje od rówieśników, którzy mówią, śpiewają. Jest więc na cenzurowanym. Z jednej strony nie chcę jej naciskać, wywierać zbyt silnej presji, z drugiej zaś obserwuję ją w napięciu - to brzemie autystycznego brata.
Jestem póki co niepracującą mamą i od urodzenia Judysi praktycznie jesteśmy razem 24h na dobę - oczywiście wychodzę z domu bez dziecka, ale to zwykle są jakieś zakupy, albo wieczorem, gdy już mała śpi. Wczoraj miałam troszkę więcej latania na mieście (wiecie jak to jest, jak się pójdzie do lekarza to już potem trzeba kilku specjalistów odwiedzić). Gdy wróciła do domu, Judytka uśmiechnęła się na mój widok i wyciągnęła do mnie ręce, praktycznie to wskoczyła mi na ręce i zaczęła obdarowywać buziaczkami. Później nie odstępowała mnie ani na krok, głaskała po włosach, przytulała się.
Pajęczyny precz, czas na wiosenne porządki i odświeżanie bloga. Nie mam zamiaru odświeżać jego szaty graficznej, a tylko dodać nowy wpis, może więcej, bardziej regularnie. Troszkę ciężko dzielić wszystko na kilka blogów, ale mimo wszystko chcę aby Judysia miała "swój kawałek podłogi".
Judysia lubi oglądać bajki. Może nawet za dużo jej pozwalam i często jest bardzo pochłonięta bajkami, tak, że nie wie co się dzieje wokół. Dzisiaj oglądała Misia w niebieskim domku, usiadłam obok niej, a moja córeczka popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się i dała mi buziaka.
Wiem, to nie jest nic nadzywczajnego, ale jakoś odzwyczaiłam się od tego, że dziecko w sposób spontaniczny może okazywać swoje uczucia. Do tej pory Judytka nie była typem przytulaka. Potrafiła sobie (i potrafi) sama zorganizować czas, nie potrzebowała też mamy do pocieszenia. Muszę na nowo się nauczyć dziecka, które potrzebuje czułości, które się nie odgania od pieszczot, które samo przyjdzie się przytulić. Zapomniałam już jak to jest.
Niestety moje postanowienie o przestawieniu dziecka na właściwe tory legło w gruzach.
To norma.
Zawsze jak sobie coś zaplanuję to bach, trask, brzęk i nic z tego.
Judytka jest od soboty chora, w sumie to najgorzej było w poniedziałek i wtorek. Ma spore kłopoty z brzuszkiem i musiałam zaostrzyć jej dietkę - czyli wyeliminować na jakiś czas mleczko i karmię ją głównie papkami i chlebkiem ryżowym.
W związku z tym żal mi rano budzić dziecko osłabione chorobą - teraz jeszcze śpi. Jednak wiem, że jak pozwolę jej pospać rano, to drzemak w ciągu dnia przeciągnie się do godzin wieczornych, a później znowu pójdzie spać koło północy. I tak w kółko Macieju.
Poczekam, aż wydobrzeje i będę ją przestawiać na właściwe tory.
Dziecku mojemu poprzestawiały się ostatnio pory spania i wstawania, potrafi spać nawet do 11-tej lub 12-tej. Po jednej takiej akcji postanowiłam ją przetrzymać do wieczora, aby poszła spać ok. 20-tej. Niestety ok. 17-tej znalazłam dziecko w takiej pozycji:
Waży coś około 19 kg. Tyle przynajmniej ważyła, gdy 2 tygodnie temu byłyśmy na wizycie w przychodni.
Ubranka nosi na 92, 98 cm. Oczywiście na upartego wcisnę na nią coś mniejszego z rozciągliwego materiału, jak na przykład spodenki z weluru, ale zaraz tatuś krzyczy, że
ON SOBIE NIE ŻYCZY, ABY JEGO CÓRKA CHODZIŁA Z PĘPKIEM NA WIERZCHU.
To chodzenie to lekka przesada. Pyza wciąż nie chodzi sama. Tzn. na czworka lata jak szalona, ale pionowo to tylko przy chodziku:
A jak się znudzi i zmęczy taka pozycja, to nawet kłująca trawa za bardzo nie przeszkadza.
I jeszcze fotki mojej strasznie ciężkiej dziewczyny w Mei Tai'u uszytym przeze mnie.
Judysia została sama w dużym pokoju na kilka minut. Ja byłam na górze, składałam ciuchy do szafy, starsi chłopcy byli w pokoju obok.
W pewnej chwili najstarszy wszedł do salonu i ujrzał Judysię bawiącą się pilotem od telewizora.
Nie byłoby problemu, gdyby nie okazało się, że nie ma jednej baterii od pilota.
Oczywiście zaczeliśmy poszukiwania. Nie obyło się bez odsuwania kanapy, foteli, stolika. Zaglądaliśmy w każdy kąt, pod każdą szafkę, obejrzeliśmy wszystkie zabawki, również obszukałam całe ubranko Judysia.
Baterii nigdzie nie było.
Blady strach padła na nas.
Tysiące myśli zaczęło mi się kłebić po głowie. Prowokować wymioty? Jechać na pogotowie? Co robić?
Ale mała wyglądała na szczęśliwą, a przede wszystkim nie była zupełnie ośliniona. Do tej pory zwykle każda rzecz, która wylądowała w jej buźce była ssana i ssana i oczywiście dzieciątko było całe w ślinie.
Do tego jeszcze z zadowoleniem pochłonęła kanapkę brata.
Po pewnym czasie przyszło do zmieniania pampersa.
I zguba znalazła się.
Jak Mała wsadziła baterię pod sukieneczkę i rajstopki do pampersa i to do tego na plecach. Nie mam pojęcia.
Oczywiście wszyscy odetchneliśmy z ulgą, skończyły się poszukiwania winnych tego zaniedbanie, powrócił spokój.
Tylko przypomniało mi się, że przy małym dziecku TRZEBA MIEĆ OCZY WOKÓŁ GŁOWY.
Zdjęcie RTG zrobione wczoraj, ale wyniki ujrzeliśmy dopiero dzisiaj.
Żadnego ciała obcego nie ma. Ufffffffff.
Ta duża zmiana, która wyglądała na obce ciało zeszła zupełnie i lewe płuco jest czyste, ale prawe niestety jeszcze nie.
Czyli antybiotyk jeszcze do piątku.
Na szczęście nie musieliśmy wracać na oddział, a tylko dwa razy dziennie jeździmy do szpitala.
Pani doktor zastanawiała się nad przejściem na lek dooustny, niestety mała ma dolegliwości żołądkowe, które zresztą zdziesiątkowały nam całą rodzinkę, więc o zmianie leku nie ma mowy.
Mam nadzieję, że w piątek będzie już koniec, bo dziecko mi nie wyjdzie z traumy.
Na sam widok szpitala robi już usteczka w podkówkę, a na widok pielęgniarki włącza alarm.
Strasznie mi jej szkoda, bo mała przeżywa mega stresa, a podawanie leków dożylnie jej nie boli. Częściej zamiast łez jest po prostu głośnie narzekanie i żalenie się.